Aconcagua 2004

Aconcagua, Cerro Aconcagua (w języku keczua: AcconcahuacKamienny Strażnik) to najwyższy szczyt Andów i Ameryki Południowej (także półkuli zachodniej i południowej) o wysokości 6962 m n.p.m.. Leży w Andach Południowych, w Kordylierze Głównej, na obszarze Argentyny, nieco ponad 110 km na północny zachód od miasta Mendoza. Aconcagua tworzy rozległy masyw (o długości 60 km), zbudowany głównie z granitów. Jest pokryty wiecznymi śniegami i lodowcami, z których 7 spływa na wysokość 3900 m n.p.m.

Po raz pierwszy szczyt zdobył Szwajcar Matthias Zurbriggen 14 lipca 1897. W 1934 pierwsza polska wyprawa andyjska (Stefan Daszyński, Konstanty Jodko-Narkiewicz, Stefan Osiecki,Wiktor Ostrowski) wytyczyła nową drogę od strony wschodniej przez lodowiec, nazwany później Lodowcem Polaków. Z uwagi na specyficzne warunki atmosferyczne uważany za kluczowy etap treningu przed atakiem na Mount Everest. Jako najwyższy szczyt Ameryki Południowej wchodzi w skład tzw. Korony Ziemi.

– –Wikipedia-

Wyprawę na najwyższy szczyt Ameryki Południowej – Aconcagua, planowałem od kilku lat. W 2003 r. zobaczyłem tę majestatyczną górę po raz pierwszy na własne oczy, kiedy wraz z M. pojechaliśmy do Parku Narodowego Aconcagua, by chociaż z oddali zobaczyć cel wyprawy, którą chciałem zorganizować w roku następnym. Droga z Mendozy (Ruta 7) do Santiago de Chile wiedzie doliną Aconcagua przez miejscowość Uspallata, przełęcz o tej samej nazwie na której znajduje się przejście graniczne. Następnie szosa, już jako Ruta 60, schodzi serpentynami ostro w dół do Los Andes i dalej prowadzi spokojnie do Santiago de Chile.

Park Narodowy Aconcagua znajduje się po stronie argentyńskiej, podobnie jak wierzchołek najwyższej góry Ameryki Południowej. Południowe wejście do Parku przylega do drogi Ruta 7 za Puente del Inca, kilkanaście kilometrów przed granicą z Chile. Nagle pojawia się szeroki wyłom w ścianie gór, na wysokim nasypie stoi w pewnym oddaleniu od drogi ogromny kamienny krzyż a za nim w oddali doskonale widoczny wierzchołek Aconcagua, który wyraźnie góruje ponad otoczeniem szczytów o kilkaset metrów niższych.

Organizatorem i kierownikiem naszej wyprawy jest Piotr Pustelnik. To przedsięwzięcie Klubu Aquarius. Nie było problemu z chętnymi, ostatecznie skład został ograniczony do 9 osób. Wszyscy wcześniej znali się z wędrówek po polskich górach w ramach programu Aquarius Trek. Wszyscy są klientami MultiBanku. Grupą docelową dla MultiBanku w pierwotnym modelu biznesowym była szybko rosnąca w naszym kraju klasa średnia. Fenomenem Polski jest ponadproporcjonalny udział w tej grupie ludzi młodych. To wiąże się z odwróconą piramidą dochodową, kiedy młodzi ludzie zaraz po studiach zarabiają często więcej niż starsi koledzy. To ludzie samodzielni, aktywni zawodowo i towarzysko, szukający ciekawych wyzwań. Stąd dla elity tej grupy stworzyliśmy Klub Aquarius, jako odmianę private banking, gdzie przynależność wiązała się nie tyle z wymaganymi relatywnie wysokimi dochodami ale przyszłymi oczekiwanymi przychodami i dzisiejszą skłonnością do samoobsługi przez Internet, korzystaniem z indywidualnego doradztwa w sprawach trudnych, tego rzeczywiście wymagających. Podejście klubowe miało wiele wspólnego z potocznym rozumieniem zjawiska clubbing. MultiBank dbał oto, by jego klienci mogli nawiązywać kontakty ze sobą na bazie różnorodnych zainteresowań za pośrednictwem banku, przy okazji różnych, często nietypowych imprez i spotkań. Duch sportowy przejawiał się w trekkingach i wyprawach organizowanych pod egidą Klubu Aquarius przez wielu znanych podróżników i sportowców. Piotr Pustelnik był zaprzyjaźniony z nami i często pojawiał się na spotkaniach w roli podróżnika i himalaisty a także współorganizatora. Ekipa wyjechała tydzień wcześniej na zwiedzanie Santiago de Chile, oraz winnic argentyńskich w okolicach Mendozy, gdzie należało zawitać, chociażby z obowiązku osobistego odbioru pozwolenia wejścia na szczyt Aconcagua. Przyleciałem do Mendozy z przesiadką w Sao Paulo i Buenos Aires późnym popołudniem w piątek 30 stycznia. Na lotnisku w Mendozie zakupiłem kilka butelek dobrego wina z zaprzyjaźnionej winnicy Famila Zuccardi, która odwiedziłem poprzednim razem. Okazało się, że koledzy chcąc wykazać się nabytą wiedzą i doświadczeniem zakupili spore zapasy najlepszych win argentyńskich, na szczęście z innych winnic. Niezwłocznie po odebraniu bagaży wyruszyliśmy w drogę do Puente del Inca. Niedaleko Uspallata zatrzymaliśmy się w przydrożnej restauracji na asado (argentyński steakhouse). Do wspaniałego argentyńskiego mięsa podano wino z naszych zapasów (Zuccardi Q i Doña Paula), którego zalety członkowie wyprawy wyczerpująco potrafili opisać po wizytach w winnicach i odbytych degustacjach. Do Hotelu Ayelen w Los Penitentes, niedaleko Puente del Inca, dotarliśmy późnym wieczorem. Nazajutrz rano zaczynała się właściwa wyprawa. Oderwałem się od biurka i po 24 godzinach znalazłem się na wysokości 2800 m n.p.m. u wejścia do Parku Aconcagua. Zasnąłem jak kamień obawiając się co będzie jutro, gdy wysokość zacznie dawać się we znaki.

Główna część naszych bagaży na plecach mułów wyruszyła rano bezpośrednio do bazy w Plaza de Mulas. My wrzuciliśmy podręczne plecaki do samochodu i z krótką przerwą w Puente del Inca udaliśmy się do odległego o kilka kilometrów wejścia do Parku, skąd prowadzi klasyczna trasa w kierunku masywu Aconcagua. Pierwszy etap wyprawy to krótki, dwugodzinny marsz do Confluencia na wysokości 3300 m n.p.m. Tutaj zostajemy na pierwszy nocleg. Zwykle grupy zostają tutaj dwie trzy noce, bowiem stąd można wyjść na spacer aklimatyzacyjny, podejście pod południową ścianę Aconcagua, poprzez dolinę Relinchos, powrót do obozu Confluencia. My napieramy ostro w do przodu. Następnego dnia pokonujemy blisko 18 km odcinek do Plaza de Mulas. Czuję się znakomicie, jako pierwszy docieram do bazy. Piotr opieprza mnie za niesubordynację i odłączenie się od grupy. Chciałem sobie udowodnić, że jestem w formie. Przygotowując się do wyjazdu biegałem regularnie, jesienią pobiegłem dwa maratony w Belinie i Nowym Jorku, więc miałem powody, by sądzić, że jestem dobrze przygotowany. Nie lekceważyłem tej góry, wręcz przeciwnie, słyszałem o niej wiele mrożących krew w żyłach opowieści. Szczyt zdobywa mniej niż połowa śmiałków, którzy próbują wejść. Ci , którym się udało wypowiadają się o stopniu trudności wspinaczki z dużą dozą pokory. Nie jest to wysoki wierzchołek, ale jego położenie – szerokość geograficzna, brak wysokich szczytów w pobliżu – powoduje, że góra jest porównywalna z łatwymi ośmiotysięcznikami. Kilkanaście dni wcześniej wyjechała z Łodzi inna, mała, bo tylko czteroosobowa wyprawa. Wszyscy członkowie zespołu to moi znajomi. Z komunikacji sms-owej wiem, że oni są jeszcze w akcji, pewnie atakują szczyt. Wybrali, tę samą drogę co my, więc pewnie się gdzieś w drodze spotkamy. Aconcagua jest bardzo popularnym celem wspinaczki dla Polaków, ale nie tylko. W Plaza de Mulas, która jest bazą dla wypraw na Aconcaguę idących klasyczną drogą, wita nas tłum ludzi, pewnie ponad sto osób różnych narodowości. Droga z Confluencia zajęła nam blisko osiem godzin. Grupa się rozciągnęła na trasie, najszybsi przyszli tutaj z godzinnym wyprzedzeniem. Odbieramy bagaże przywiezione przez muły i szybko rozbijamy nasz obóz, niedaleko grupy z Ukrainy i drugiej z Niemiec. Po kolacji rozmawiamy jeszcze trochę, ale po zmroku idziemy zaraz spać. Logistyka na najbliższe dni jest prosta. Zgodnie z planem aklimatyzujemy się wchodząc do Nido de Condores (5300 m n.p.m. i schronu Berlin 5800 m n.p.m.), gdzie powinniśmy spędzić 1-2 noce. Nasz plan nie przewiduje noclegu w Plaza de Canada (5060 m n.p.m), biwaku mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Plaza de Mulas i Nido de Condores.

Póki co humory i zdrowie dopisują. Podczas odprawy panuje optymizm, wszyscy chcą spróbować wejść do Nido de Condores jak najszybciej, najlepiej jutro. PP jest ostrożny, ostrzega, że kryzys przyjdzie na pewno, niewykluczone, że już jutro – mówi. Prorocze słowa, nazajutrz wszyscy jak jeden mąż, nie nadajemy się do akcji. Z ulgą zostajemy w obozie, po południu idziemy na spacer do pobliskiego schroniska i na lodowiec. Baza Plaza de Mulas jest targowiskiem próżności. W sezonie przebywa tutaj mnóstwo ludzi. Można się tutaj dostać stosunkowo łatwo. Przejście 22 km przy różnicy poziomów 1500 m nie stanowi problemu nawet dla średniozaawansowanych trekkersów. Warunki są tutaj bardzo dobre, infrastruktura rozbudowana do tego stopnia, że można się stołować w jadłodajniach i codziennie brać prysznic ciepłą wodą. Trudności zaczynają się wyżej. Droga do Nido de Condores, to nużące brodzenie w zwałach wulkanicznego popiołu i żwirze, które daje się we znaki. Ten etap to prawdziwy test wytrzymałości. Ks. Waldemar Sondka, którego znam i przyjaźnię się od lat niespodziewanie okazał się bardzo szybki i w doskonałej formie dotarł do obozu na wysokości 5300 m n.p.m.. Muszę przyznać, że ledwie mu dotrzymywałem kroku. W końcówce odpuściłem i to on dotarł jako drugi za PP. Postawiliśmy namioty i czekając na resztę grupy odpoczywaliśmy. Pozostali członkowie zjawili się w ciągu kilkudziesięciu minut w różnych odstępach czasu. Jeden z kolegów, Merynos, dotarł krańcowo wyczerpany wspomagany przez Bartka B. Po jakimś czasie, gdy zmęczenie nie mijało, a zaburzenia błędnika nie pozwalały mu sprawnie się poruszać, z obawą przyjęliśmy do wiadomości, że to początki choroby górskiej. Stało się jasne, że jutro nastąpi odwrót.

Ks. Waldemar odprawił o zachodzie słońca mszę św. w atmosferze uniesienia. Część osób zmęczonych podejściem została w namiotach, kilku wspinaczy przebywających tutaj na biwaku dołączyło do nas. Natura się dopasowała do wydarzenia. Za plecami Waldka zachodziło słońce, niebo było ciemnoniebieskie, ale na horyzoncie widać było szybko zbliżające się zwały chmur. Zaraz po zakończeniu mszy, jak tylko sprzątnięto naczynia liturgiczne, przez obóz przewaliła się nawałnica. Rano postanowiliśmy, że grupa sześciu kolegów niezwłocznie schodzi wolno w dół do Plaza de Mulas. Pozostałe trzy osoby zdolne do akcji podejdą szybko do Berlina, po czym zawrócą i dogonią pozostałych na trasie do bazy. Podejście do Refugio Berlin nie sprawiło mi kłopotu. PP szybko zawrócił i popędził w dół by towarzyszyć osłabionemu początkami choroby górskiej koledze. Waldek , który jest także ratownikiem TOPR, zrobił to samo. Droga pomiędzy Refugio Berlin, Nido de Condores i Plaza de Mulas jest doskonale widoczna, technicznie łatwa, jedyna trudność to wysokość, którą różnie znoszą członkowie wyprawy. Osłabionemu koledze pomaga najpierw Bartek, później przejmują go Waldek z Piotrem, którzy słaniającego się na nogach, po kilku godzinach, przyprowadzają go do bazy wprost do namiotów Guardaparque, gdzie stały dyżur pełni lekarz. W dole przy wejściu do doliny Horcones znajduje się Horcones Ranger Station, gdzie w sezonie stoi na stałe zaparkowany śmigłowiec ratunkowy, w razie wypadku zwożący z góry poszkodowanych w akcji, bądź osłabionych chorobą górską . Ten ostatni przypadek jest częstym zjawiskiem, słyszeliśmy bowiem prawie codziennie warkot silnika lądującego w pobliżu bazy śmigłowca ratunkowego. Choroba górska, zwana także wysokościową występuje u osób które zbyt szybko znalazły się na wysokości powyżej 3000 metrów. Powodem jest zbyt niskie ciśnienie tlenu w atmosferze na dużych wysokościach. Typowe objawy to, głęboki oddech, szybkie tętno, obniżona sprawność fizyczna i umysłowa, krwawienia siatkówkowe, Upośledzenie widzenia, obrzęk płuc i mózgu. Jedyne skuteczne leczenie, to szybkie podanie tlenu i zejście na niższy poziom. W przeciwnym stanie każdy z tych stanów może prowadzić do śmierci.

Badania lekarza potwierdziły nasze podejrzenia. Koledze podano tlen i zostawiono na noc w pomieszczeniach pogotowia ratunkowego. Nazajutrz Merynos odleciał śmigłowcem w dół do Uspallata. Tam wkrótce doszedł do siebie, ale otrzymał 6 miesięczny zakaz wychodzenia powyżej 2000 m n.p.m., więc nie mógł dołączyć do nas, nawet w Plaza de Mulas.

To wydarzenie poważnie wpłynęło na morale zespołu. Wszyscy uświadomili sobie, że góry mogą być śmiertelnie niebezpieczne. Każdy z nas dokonał w duchu oceny własnych możliwości. Hurra optymizm towarzyszący wyprawie od początku przekształcił się w realizm z nutką pesymizmu co do dalszych działań, zwłaszcza, że dwóch z nas w dalszym ciągu miało lekkie objawy choroby górskiej i źle znosiło pobyt w bazie na 4300 m n.p.m.

Po dwóch dniach wypoczynku w bazie zdecydowaliśmy, że czas aby przystąpić do ataku na szczyt. Grupa sześciu członków wyprawy była gotowa do wyjścia. Podejście do Nido de Condores zaliczyliśmy łatwo. Nocleg i podejście do Refugio Berlin następnego dnia też nie sprawiło nam trudności. Dalszy plan to nocne wyjście i atak szczytowy. Przed snem pokręciłem się po obozie i okolicy. Czułem się dobrze, miałem nadzieję, że mi się uda zdobyć wierzchołek, ale miałem także obawy jak będzie. Po kilku godzinach snu pobudka. Wtedy nieoczekiwanie okazało się, że trzech spośród nas cierpi na silne bóle głowy i rezygnuje z podjęcia próby. Koledzy przygotowali nam posiłek i z wyraźnym żalem zostali w namiotach, a my wyszliśmy w rozgwieżdżoną noc. Przed nami migają światełka czołówek, za nami w pewnej odległości także kilkuosobowa grupa wspinaczy. Pierwszy etap do Refugio Indepedencia (6300 m n.p.m.) pokonujemy dość szybko bez widocznego zmęczenia. Później wysokość zaczyna dawać się we znaki, a może to tylko niższy poziom adrenaliny we krwi, gdy napięcie zmniejszyło się wraz z nastaniem dnia? Podejście do Korytarza wiatrów sprawia mi wyraźną trudność, idę wolno, odliczam kroki. Gdy zdołałem uregulować oddech, mogę podziwiać zapierające dech w piersiach krajobrazy z trawersu zwanego Korytarzem wiatrów. Prze wejściem w stromy żleb Canaletta potrzebna jest chwila odpoczynku. Wołam słabym głosem Waldka i razem przysiadamy pod boulderem. Wyjmuję batony energetyczne spod kurtki, gdzie trzymam je w obawie przed zamarznięciem. Dziś to im nie grozi, bo pogoda jest piękna, słońce i ciepło, temperatura dodatnia nawet na wysokości 6800 m n.p.m.. Ostatni odcinek do szczytu jest niezwykle wyczerpujący, duże nachylenie stoku i zwały śniegu utrudniają podejście. Prowadzi Waldek, ja podążam wolno za nim. On również z trudem, mozolnie pnie się w górę. Nie wiem jak długo to trwa, w końcu wyrasta przede mną postać Piotra Pustelnika, który czeka na nas tuż przed szczytem filmując okolicę. Gdzie jest szczyt – pytam ? Przed Tobą – pada krótka odpowiedź. Do wierzchołka, w rzeczywistości jeszcze kawałek drogi, ale wkrótce jestem u celu. Po kilkunastu minutach odurzony szczęściem staję na wierzchołku. Piotr nie daje nam cieszyć się zbyt długo, niezwłocznie po obowiązkowej sesji zdjęciowej zarządza odwrót. Zejście ze szczytu Aconcagua to dla mnie potwierdzenie starej prawdy, że o sukcesie decyduje nie wejście na wierzchołek ale szczęśliwy powrót do bazy. Do końca życia będę pamiętał trudy zejścia do Refugio Berlin, kiedy nie słuchałem nawet rad doświadczonego Piotra i zdjąłem zbyt wcześnie raki, co mogło się źle skończyć. Waldek dotarł pierwszy do obozu wyprzedzając nas znacznie. Koledzy, którzy zostali w obozie, wyszli nam naprzeciw z gorącą herbatą. Gdy dotarłem do namiotu myślałem, że zwalę się na karimatę i usnę natychmiast. Jednak szybka regeneracja, a może podniecenie wzięło górę i długo jeszcze, zgromadzeni w jednym namiocie, roztrząsaliśmy wrażenia mijającego dnia. Nazajutrz zeszliśmy w ekspresowym tempie do Plaza de Mulas, by kolejnego dnia rano udać się z powrotem do Los Penitentes. Na trzeci dzień po wejściu na szczyt Aconcagua zameldowałem się z powrotem w Warszawie, na lotnisku zamieniłem bagaż na szafę podróżna z garniturem i poleciałem do Barcelony na spotkanie z inwestorami.

Wyprawa na Aconcaguę to mój ogromny sukces osobisty, ale także lekcja pokory. Z dziewięciu osób na szczyt weszło tylko trzech. To, że mnie się udało zawdzięczam solidnemu przygotowaniu a w ostatecznym rozrachunku także sile woli i koncentracji na celu. Pomoc przyjaciół i kolegów była niezbędnym uzupełnieniem. Bez nich nie miałem szans. Ich bezinteresowna życzliwość, nawet w sytuacji, kiedy oni z żalem musieli rezygnować z wejścia, napawa mnie optymizmem.

Zobacz także: Każdy ma swoją Górę Przemienienia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *